| Wspomnienia Marii Bielawiny |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| piątek, 25 września 2009 20:08 |
|
Byłam zaprzysiężonym członkiem Armii Krajowej. Mój psełdonim w Armii - Zielona Pani. W kwietniu 1945 roku otrzymałam zlecenie jako łącznik, by zgłaszającego się do mnie delegata rządu polskiego w Londynie, który miał być zrzucony z samolotu, zaprowadzić do Czesława Biernackiego, rolnika ze wsi Ostrów-Kania, położonej około 3 km od Dębego Wielkiego, a stamtąd miał być przekazany dalej. Hasłem wywoławczym miało być - \\"Pozdrowienie od wuja Toma\\", Natomiast mnie obowiązywało hasło \\"Wiewiórka\\". Trwałam w oczekiwaniu. Niestety, sprawa potoczyła się inaczej. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1945 r. dom, w którym mieszkaliśmy został otoczony przez NKWD (rosyjskie gestapo). Zostałam aresztowana. Pierwsze, krótkie indagacje skierował do mnie w języku polskim, jak później okazało się, kapitan Józef Światło z Urzędu Bezpieczeństwa, z pochodzenia Żyd, nie byle figura i funkcjonariusz zarówno w UB, jak i NKWD. Kapitan Światło pytał mnie, kto u nas zbiera się - powiedziałam, że młodzież ucząca się w naszym mieszkaniu kontynuuje naukę do końca roku szkolnego, a było to tajne liceum w czasie okupacji niemieckiej. Na to Światło wrzasnął - \\"wybijemy wam z głowy tajne nauczanie \\" i spoliczkował mnie boleśnie, bez wahania. Inni enkawudyści w mgnieniu rozbiegli się z bronią w ręku po całym mieszkaniu - usłyszałam krzyk: \\"kto tu spał?\\" - a to po prostu moja córka Krystyna wyskoczyła z łóżka przy pierwszym łomotaniu w okna i drzwi - oni spodziewali się kogo innego. To pierwsze śledztwo prowadzone przez Światłę było zdawkowe i krótkie. Śledztwo prowadzili sowieccy enkawudziści. Jak wiemy, w parę lat później wierny, posłuszny funkcjonariusz Bezpieki, wicederektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego kp. Światło, przy nadarzającej się okazji uciekł do Ameryki. A wtedy, tej ponurej nocy majowej domyśliłam się natychmiast, że jest \\"wsypa\\". Marka, mojego męża nie było w domu, wyjechał do Krakowa, potem na ziemie zachodnie z zamiarem podjęcia tam pracy, wobec tego, że w zburzonej Warszawie na razie nie było możliwości pracy dla niego w zawodzie chemika. Tak więc, po wyprowadzeniu mnie, w domu pozostały córki, Krystyna 16-letnia i Alina 12-letnia, chora w tym czasie i oczywiście uzbrojeni sowieccy żołnierze NKWD. Zamaskowanie naszego mieszkania polegało na pozornie zwykłym, codziennym wyglądzie. Stało się \\"kotłem\\". Kto zapukał, straż wpuszczała ale nie wypuszczony musiał przebywać w naszym mieszkaniu do odwołania \\"kotła\\". Komplety licealne, oczywiście już jawne, jeszcze miały trwać do końca roku szkolnego. Rano przyszła młodzież na lekcję, wszystkich zatrzymano. Zgłosił się szewc, który przyniósł dla mnie zamówione pantofle, przyjechali znajomi z Warszawy, Helena Januszowa z synem 11-12 letnim (mąż Januszowej oficer WP zginął w Katyniu), pan Leon Mierkowski, brat pani Zofii Tabiszewskiej, nauczycielka pani Józefina Fijałkowska, która chciała się dowiedzieć co się dzieje w naszym domu. Wszyscy zostali zatrzymani, w sumie 18 osób. Straż rewidowała przybyszów i tak na przykład Leon Mierkowski miał przy sobie list. Oglądali, czytali i zwrócili. Na szczęście nie zrozumieli sensu treści tego ważnego listu, z zaszyfrowanymi informacjami NSZ. Całe Dębe wkrótce wiedziało, że w naszym domu jest \\"kocioł\\". Uprzedzano więc wszystkich, którzy chcieli tu przyjąć, z tą pomocą spieszyli głównie dwaj dróżnicy z przejazdu kolejowego - Jakub Chrzanowski i Jan Woźnica. Profesorów tajnego liceum uprzedzono, uniknęli \\"kotła\\". \\"Kocioł\\" ten trwał pełne cztery dni. O tym dowiedziałam się oczywiście później, kiedy to relację zdały mi córki i znajomi, którzy w tym \\"kotle\\" znaleźli się. Miejscowy polski milicjant, komendant posterunku Stanisław Madejski, były furman dworski w Dębem Wielkim przyszedł, by dowiedzieć sie, co się dzieje ze mną, z dziećmi, młodzieżą. Nic nie wskórał, musiał odejść bez wyjaśnień, nie wpuszczono go do mieszkania. Wszyscy zatrzymani zachowywali się godnie, choć codzienność - 18 osób stłoczonych w jednym pokoju łącznie ze strażnikiem obecnym dzień i noc, nie była łatwa. Żywili się tym, co było w domu, ale ktoś z rodziny zatrzymanych dostarczył kubeł mleka za zgodą straży. W sypialni na naszych łóżkach leżeli, spali w ubraniach i buciorach na puchowych, jedwabnych kołdrach czujni enkawudziści, ale i w innych pokojach, na werandzie, w kuchni czuwała straż. Krysia wiedziała gdzie znajduje się w szafie biżuteria, więc od razu poprosiła straż o pozwolenie wzięcia z szafy ciepłej bielizny dla chorej siostry. Zezwolenie uzyskała i przy bieliźnie sprytnie zabrała i ukryła przy sobie biżuterię. W jadalni na kredensie pozostał mój zegarek, srebrna omega - zniknął wzięty przez któregoś bolszewika. Na mojej szafce nocnej obok łóżka leżała książka w języku rosyjskim pod tytułem \\"Krasnyj pajac\\" z karykaturą czerwonoarmiejca na okładce. Mogli bolszewicy poczytać o sobie. Książka zniknęła. Po czterech dniach bolszewicy opuścili nasze mieszkanie, bezskutecznie oczekiwali delegata londyńskiego. Z ulgą wyszli zatrzymani. W domu pozostały córki bez rodziców, nie wiedząc co dzieje się ze mną, gdzie przebywa ojciec. Opiekowała się naszymi dziećmi pani Zofia Tabiszewska przez pewien czas, potem odwieziono je do Krakowa do rodziny. Mieszkanie zamknięto, pozostało pod opieką sąsiadów. A co działo się ze mną? Odwieziono mnie do Mińska Mazowieckiego, skąd wraz z innymi osobami zostałam odtransportowana do Warszawy na Pragę do więzienia śledczego przy ulicy Strzeleckiej, gdzie była, jak sądzę, tymczasowa siedziba NKWD i pewno Urzędu Bezpieczeństwa. Wśród aresztowanych rozpoznałam łącznika o pseudonimie \\"Kożuszek\\" (Stanisław Maciejewski). To właśnie on przekazał mi zlecenie w związku ze zrzutem delegata z Londynu. Na wstępie, przy rejestracji spoliczkował mnie bolszewik i polecił odprowadzić do celi. Piwnice pełniły rolę cel. Trafiłam do celi, gdzie już znajdowało się osiem kobiet. Piwnica była wąska, mała, było jeszcze trochę miejsca przy drzwiach i tu mogłam się umieścić w pozycji siedzącej lub skurczonej. Obok drzwi stał kubełek na użytek fizjologiczny. Podłoga betonowa pokryta małą warstwą zmierzwionej i bardzo zawszonej słomy. Wymieniłyśmy z więźniarkami spojrzenia - bez słów, ze współczuciem. W tej piwnicy przebywałam od 1 do 13 maja 1945r. Rano i wieczorem strażnik wypuszczał z cel więźniów do prowizorycznej ubikacji w jednej z piwnic, popędzając: Prędzej, prędzej! Ta ubikacja znajdowała się na końcu korytarza i idąc do niej zorientowałam się, że wszystkie cele piwniczne są zapełnione więźniami. W sąsiadującej z ubikacją celi przebywał młody ksiądz-partyzant, złośliwie tam umieszczony. Przez \\"judasza\\" w drzwiach można było zerknąć w pośpiechu i prosić o modlitwę, o mszę, o spowiedź w tych niezwykłych warunkach. I ja go prosiłam o modlitwę za rodzinę, za dzieci. Ujrzałam w \\"judaszu\\" łagodną, młodą twarz księdza i usłyszałam słowa pocieszenia. Istotne było nie upadać na duchu, trzymać wiarę w ocalenie. Dni i noce przebywałyśmy w piwnicy. Byłyśmy brudne i zawszone. Jedna z współwięźniarek, młoda kobieta o bladej twarzy, oczywiście \\"polityczna\\", bo tu byli tylko \\"polityczni\\" więźniowie, pokazała rąbek swej koszuli, brudny i czarny jak ziemia. Była w tej piwnicy już dwa miesiące. Współtowarzyszką moją w celi była też, między innymi, Maria Wiewiórska z PALu - Polskiej Armii Ludowej. PAL była to organizacja wojskowa utworzona w kwietniu w 1943r. Komendantem głównym był Henryk Borucki (\\"Czarny\\"), jego zastępcą Julian Skokowski. Henryk Borucki został aresztowany, siedział w sąsiedniej celi. Maria Wiewiórska była jego bliską współpracownicą w PAL. Borucki i Wiewiórska niejednokrotnie rozmawiali ze sobą przez mały otwór wyskrobany w ścianie celi, asekurowani przez współtowarzyszy więziennych przed okiem straży. Codziennie skrzypiały drzwi cel, wyprowadzano więźniów na przesłuchanie. Kiedy powracali chwiejnym, niepewnym krokiem jęcząc, domyślaliśmy się metod badania przez naszych, rzekomo przyjaciół radzieckich we współpracy z polskim Urzędem Bezpieczeństwa. Któregoś dnia wezwano i mnie. Stawiano wiele pytań, pokazywano zdjęcia różnych osób. Następnie śledczy (nie znam niestety jego nazwiska) wskazał mi gumowy pejcz i oznajmił: \\"Tym bili Niemcy i my będziemy bić\\".- Słuszne porównanie metod -przemknęło mi przez myśl. Kazali mi położyć się na podłodze i bili właśnie pokazanym pejczem. Skurczyłam się w sobie z bólu ciała i sponiewieranej godności ludzkiej. Myśli o świecie przebiegały przez mój mózg w zawrotnym tempie w tym bólu. Oprawcy oznajmili mi, że szyfr został przez nich odczytany. Byłam zdekonspirowana. Wiele lat później dowiedziałam się pośrednio ze Źródeł polskich w Anglii, że jak to określono \\"wtyczka\\" spowodowała \\"wsypę\\", co pociągnęło za sobą szereg aresztowań. Zorientowano się wówczas w Londynie, odwołano akcję - i delegat ocalał. A ja tymczasem na skutek bicia byłam posiniaczona tak bardzo, że nie mogłam leżeć, siedzieć ani spać. Towarzyszki niedoli współczuły mi. By czas jakoś wypełnić opowiadały o swoich kłopotach, snach, przeczuciach. Mój sen o lesie tłumaczyły, że rokuje zmianę miejsca pobytu - na większą przestrzeń i w liczniejsze otoczenie - co daje wyraźne jakoby porównanie z lasem. Tłumaczenie snów to jeden ze złudnych sposobów oderwania się od rzeczywistości więziennej. Rozmowy skracały czas w naszej biedzie. Modliłam się, trzeba było szukać oparcia do przetrwania, ale wiara moja bez zastrzeżeń z lat dzieciństwa już dawno minęła. Wahania, niejasność, rozumowanie trapiły mnie nieraz. Może tradycja rodzinna sprawiła, że do myśli o Bogu wracałam nieustannie. Pamiętam moją bardzo kochaną Babunię, Rodziców, ich wielką, ufną wiarę. Snuło się wspomnienie tak cudownej tradycji rodzinnej wigilii. Widzę dawnymi oczami dziecka w jadalni nakryty stół wigilijny. W rogu tego pokoju ołtarzyk, nad nim kilka obrazów o treści religijnej, na ołtarzyku krzyż, lichtarze ze świecami, lampką oliwną zawsze palącą się, po bokach książeczki do nabożeństwa. Cały ołtarzyk osłonięty od góry do dołu zasłonami-firankami. O ten ołtarzyk tak bardzo dbała Babunia. Przed tym ołtarzykiem w wieczór wigilijny wszyscy domownicy klękali i mówili wspólnie pacierz, potem dzielenie się opłatkiem i wspólna wieczerza, łącznie ze służbą. Choinka dodawała blasku i radości nam, dzieciom. Takie wspomnienia z lat dziecinnych w warunkach więziennych to jak łaskawy promyk słońca. Kiedy zapytano naszego filozofa Władysława Tatarkiewicza czy wierzy w Boga, odpowiedział: \\"Nie wierzę, ale zazdroszczę tym, którzy wierzą\\". A w co ja tu głodna, zbita, w brudnej, zawszonej celi mam wierzyć? Czy w przeznaczenie, szczęśliwe okoliczności, a może w Opatrzność Boską? I wtedy przypomniałam sobie jakby radę, przestrogę swej Matki - mówiła, by w ciężkich chwilach życia mówić psalm Dawida, tak pięknie przetłumaczony przez Jana Kochanowskiego \\"Kto się w opiekę odda Panu swemu\\". Więc mówiłam, modliłam się, wydawał mi się ten psalm bliższy, bardziej ludzki od tradycyjnego pacierza. W przeddzień 13 maja jedna z kobiet z lękiem wspomniała, że jutro 13 maja. nieszczęśliwa data. A ja pomyślałam wówczas, że \\"13\\" lubię, a zresztą przesąd bez znaczenia. A jednak. Rano strażnik więzienny polecił mi wziąć swoje rzeczy (miałam tylko płaszcz) i iść za nim. Z trwogą spojrzały na mnie współtowarzyszki niedoli. Opuściłam celę. Zobaczyłam wyprowadzonych innych więźniów, kobiety i mężczyzn, kilkadziesiąt osób twarze blado-żółte, oczy wpadnięte, mężczyźni zarośnięci. Któryś z więźniów o głęboko zapadniętych oczach, szczerniałym obliczu, o ciemnym zaroście i dość długich włosach nasunął mi porównanie z postacią Chrystusa na krzyżu. Długo zapewne przebywał ten człowiek w piwnicy i przeszedł torturę śledztwa. Utkwiła ta postać w mojej pamięci. Skierowano nas do pokoju, w którym urzędował porucznik w polskim mundurze i sprawdzał nasze personalia. Lżej zrobiło mi się na sercu, kiedy zobaczyłam polskiego oficera. Zwróciłam się do niego z zapytaniem, czy mogę napisać do rodziny list prosząc o przysłanie mi bielizny. Ubiak zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem i z pogardą powiedział: \\"Tu nie jest pensjonat\\". Nad biurkiem oficera wisiał wydrukowany slogan \\"Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera\\". Łatwiej znieść obrazę czy nawet zniewagę od wrogów, boleśniej od współbraci Polaków. Przed więzieniem czekały na nas ciężarówki. Ruszyliśmy w nieznane. Była pewno tego dnia niedziela, słoneczny, ciepły dzień. Ludzie ubrani odświętnie spacerowali. Radość, koniec wojny, klęska Niemiec. Wiedziałam o końcu wojny, w celi piwnicznej słychać było 9 maja salut armat na cześć zwycięstwa. Nie mogłam odczuć tego tak radośnie jak ci, którzy byli wolni - dla nas wojna się nie skończyła jeszcze. Ktoś z przechodniów zawołał na nasz widok :\\"Niemców wiozą, dobrze im tak\\". Z ciężarówki w ich stronę padł głos \\"My Polacy!\\" \\"Małczat - (milczeć) zawarczał wartownik. Minęliśmy Warszawę, jechaliśmy w kierunku wschodnim. Współwięzień (nie pamiętam nazwiska, zdaje się z SZ) radził mi zdjąć obrączkę i ukryć w szwie płaszcza, by mi nie odebrano, a może nadarzy się taka okazja, że złota obrączka spełni ważną rolę w mym życiu. Kiedy wjeżdżaliśmy do lasu, ogarnął nas niepokój, dobrze wiedzieliśmy co Niemcy i Rosjanie robili z więźniami w lasach. Ale kiedy wkrótce zatrzymaliśmy się, okazało się, że przywieziono nas do opuszczonej w lesie fabryki \\"Pocisk \\" w Rembertowie, gdzie zrobiono przejściowy obóz dla więźniów. Fabryka i jej obejście wysoko oparkanione drutem kolczastym, przy bramie straż sowiecka, zwierzchnicy obozu wyłącznie sowieccy NKWDyści. To był po prostu obóz NKWD. W sali-holu odbyła się zbiórka. Na wstępie Moskal spoliczkował Polaka. Zbir, łajdak pomyślałam z goryczą. Zostałam przydzielona do jednej z izb dla kobiet. W naszej izbie czymś w rodzaju grupowej była współwięźniarka Rosjanka Palewskaja. Muszę przyznać, że zachowywała się taktownie, traktowała więźniarki na równi Polki i Rosjanki. W obozie rembertowskim było około 3 tysięcy więźniów, w tym również Rosjanie i Niemcy, ale oczywiście najliczniejsi byli Polacy. Palewskaja była ostrożna w rozmowie z Polakami, wyczuwało się jednak współczucie, ale maskowała to, unikała rozmów, zwłaszcza kiedy chodzili po obozie NKWDyści. Któregoś dnia zagadnęłam ją o coś po rosyjsku i nawiązała się między nami rozmowa. Powiedziała, że kiedy zobaczyła mnie po raz pierwszy przy zbiórce, to wyraz cierpienia na mej twarzy zrobił na niej wrażenie, utkwił w jej pamięci: \\"Ja was nigdy nie zabudu\\". Przyznam się, że nawet mnie to zdziwiło, bo dużo przecież było w obozie kobiet, które niemało wycierpiały. Przy następnej z nią rozmowie dowiedziałam się, że jej przodek był Polakiem, powstańcem, ale ona czuje się Rosjanką, ukończyła studia w Leningradzie. Zdaje mi się, że znała języki obce. Przymusowo wywieziona do Niemiec, jak zresztą wielu innych Rosjan, z przeznaczeniem do różnych przymusowych robót. I właśnie w obozie rembertowskim znajdowali się cywilni Rosjanie, którzy \\"dali się\\" wywieźć! Palewskaja miała w Leningradzie siostrę, rodzice nie żyli, i z żalem mówiła, że nie wróci do Rosji, bo kto był wywieziony do Niemiec, nie będzie traktowany dobrze, a jako obywatel- zdrajca, niemal złoczyńca, skazany na zesłanie. W chwili szczerości wyznała mi swoje postanowienie. W drodze powrotnej do Rosji zdecydowana jest uciekać, może zginie, ale będzie czuła się wolna, chociaż przez parę chwil podczas ucieczki. Jakże mi było żal tej dziewczyny. Cóż za determinacja - być wolnym choćby tylko w godzinie śmierci! Wówczas podałam jej dokładnie swój adres w Dębem Wielkim i oznajmiłam, że jeżeli wrócę szczęśliwie do domu, a ona będzie potrzebowała pomocy w razie ucieczki, to ja jej tej pomocy udzielę. Po pewnym czasie, kiedy już byłam na wolności, któregoś dnia szłam drogą - szosą w kierunku kościoła. Torem powoli zbliżał się do stacji kolejowej pociąg towarowy. Drzwi wagonów były otwarte i widać było ludzi. Często widziało się takie pociągi z powracającymi do Związku Sowieckiego. I wtedy nagle usłyszałam strzały. Pociąg zatrzymał się. Obszar pola dzielił szosę od torów, nie mogłam widzieć co się stało. Czułam dziwny niepokój. A potem od kolejarzy dębskich dowiedziałam się, że pociąg ten wiózł obywateli sowieckich powracających z Niemiec do Rosji, a strzelano do jakiejś kobiety, która podjęła próbę ucieczki, kiedy pociąg zwalniał przy rozjazdach. Czyżby to była Palewskaja? A może inna, równie nieszczęśliwa istota? Jakaż determinacja, jaka rozpacz powoduje tak ryzykowną ucieczkę w biały dzień - ucieczkę z góry skazaną na niepowodzenie. Nigdy nie dowiedziałam się, czy uciekająca kobieta została zabita, czy \\"tylko\\" postrzelona - zabrano ją z powrotem do wagonu - a w polu kapusty nie pozostał ślad. Obóz w Rembertowie był trudny do przetrwania. Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Życie więzienno-obozowe spajało ludzi, a zwykła ludzka życzliwość pozwalała znosić tę niepewność i tę odrutowaną codzienność. W naszej izbie były prycze-legowiska i taboret, na którym stawiano kociołek z zupą lub z wodą zabarwianą kawą zbożową. Zupy były okropne, cienkie krupniki gotowane często ze stęchłej kaszy jęczmiennej i ziemniaków pastewnych. Z trudem łykałam te zupska, mówiłam sobie w duchu, że muszę je jeść, aby mieć siły do przetrwania. Moja współtowarzyszka z pryczy Maria Wiewiórska często nie jadła tych zup. Na moje perswazje, by mimo obrzydliwego smaku jadła, mówiła \\"nie mogę\\". Kuliła się na prycz i usypiała. Sen wzmacniał, poczucie głodu malało. Maria Wiewiórska spała obok mnie na pryczy. Marzła w nocy, toteż okrywałam ją dzieląc się płaszczem swoim, potem okrywałyśmy się kocykiem, który mi Krysia przywiozła do Rembertowa (kiedy już dowiedziano się z grypsu, gdzie jestem). Było nam już cieplej. Ciekawa to kobieta, odważna, niewiele mówiąca, ugodowa, bardzo ludzka. Często swe zupy czy chleb oddawała mężczyznom, którzy bardziej od kobiet odczuwali głód, nieraz Niemcom, grzebiącym w śmietniku obozowym w poszukiwaniu skorup z jajek lub resztek jarzyn. Nie pomna na krzywdy mówiła: \\"To głodny człowiek, obojętna nacja\\". Lubiłam ją. Z jednej strony w sąsiedztwie mojej pryczy miała miejsce Jadwiga Miracka, młoda, przystojna brunetka, gdzieniegdzie srebrzący się włos nie świadczył o jej wieku. Z zawodu Jadzia była pielęgniarką, należała do SZ. W obozie rembertowskim był również jej zwierzchnik z SZ, troskliwie opiekował się Jadzią, niestety nie pamiętam jego nazwiska. Mieracka pełniła służbę pielęgniarki w izbie chorych dla więźniów. Delikatna, dobra dziewczyna, bardzo ją lubiłam, ale i ona mnie lubiła, mówiła, że przypominam jej matkę. Z drugiej strony pryczy w moim sąsiedztwie zajmowała miejsce starsza kobieta. Szczupła sylwetka, przygnębiona, a nawet ponura, z nikim nie rozmawiała. Jednego razu, jakby na skutek jakiś swoich myśli, trzasnęła puszką o podłogę, taką puszką po konserwach, które służyły nam za talerze do zup. Ale oto któregoś dnia odezwała się do mnie. I wtedy dowiedziałam się od niej, że własnymi rękoma zagrzebała córkę w polu. Kiedy uciekały, dziewczynę zastrzelono. Powiedziała do mnie z całą powagą: \\"Proszę zapamiętać co powiem. Uwolnienie się Polski od zależności rosyjskiej i Armii Czerwonej przebywającej na ziemi polskiej będzie znaczeniem swym równało się zwycięstwu nad Krzyżakami pod Grunwaldem\\". Wzywano ją na przesłuchania. Pewnego dnia wezwano po raz ostatni, już nie wróciła do nas. Została rozstrzelana, o czym później dowiedziałam się od współwięźniów. Mówiono, że była profesorem, członkiem rządu białoruskiego w Mińsku Białoruskim, który powstał z poparciem Niemców podczas ich ekspansji na wschód. Na dalszych pryczach zajmowały miejsca Wanda Głuchowska i Meta Kowalewska. Wanda Głuchowska, magister farmacji była członkiem POW, podchorążym Oddziału Kobiet \\"Dysk\\", \\"Kedywu\\" Armii Krajowej, posługiwała się pseudonimami Justyna i Krystyna. Uczestniczyła w wielu akcjach bojowych, ranna była w akcji Wilanów-Powsin-Kępa Zatoszewska. Brała udział w Powstaniu Warszawskim. Zawsze opanowana, spokojna. Zdobywała w jakiś sposób różne medykamenty konieczne przy przeziębieniach, niedomaganiach żołądkowych i rozdawała potrzebującym. Meta Kowalewska była łącznikiem Armii Krajowej w obwodzie lubelskim. Uczynna, uprzejma. Jeżeli udało się jej zdobyć papierosy, częstowała, a w życiu obozowym papieros to nie byle jaki rarytas. Niektórzy palili nawet suche liście drzew. Odwiedzić nas w Rembertowie nie można było, ale paczki doręczano. Przy bramie warta bolszewicka, ale dyżury ze strony więźniów przy odbieraniu paczek pełnili Polacy, najczęściej, jak mówiono pośredniczył porucznik Brzeziński. Może poprzez niego i dalej przez kogoś z zewnątrz dotarły moje dwa grypsy pisane do córek. Podczas porządkowania dziedzińca więźniowie rzucali grypsy za druty kolczaste i tą drogą przedostawały się wiadomości do rodzin. Przy takiej to okazji Marysia Wiewiórska dużo grypsów rzuciła za druty, do czego miała poufne zezwolenie strażnika pilnującego sprzątających. Może i mój gryps tam się znalazł? Ktoś mi nieznany, a komu byłam bardzo wdzięczna rzucił oknem z pociągu mój gryps przy budce kolejowej stojącej przy szlabanie w pobliżu stacji Dębe Wielkie. Szczęśliwie drużnik, być może Jakub Chrzanowski albo pan Jan Woźnica, spostrzegł gryps i doręczył Krysi, z którego dowiedziała się co się ze mną dzieje. Wkrótce pod opieką Dzidy (Zofii Władysławowej) Tabiszewskiej dotarła na rowerze do Rembertowa. Przywiozła mi moja Krysia paczkę - zmianę bielizny, jakąś sukienkę, kocyk, żywność. Niestety, pozwolenia na widzenie ze mną nie uzyskała. W naszej izbie-celi była też Rosjanka Zina (nazwiska nie pamiętam) uwięziona za to, że ją Niemcy wywieźli na roboty. Znerwicowana mdlała, szlochała, bała się o siebie i los swoich dzieci. Pocieszałam ją wraz z innymi, ale bezskutecznie. Twierdziła, że my Polki nie zginiemy, bo Polaków chronią zachodnie państwa, to inny świat, a komunizm w Rosji to, jak wyraziła się niczym \\"zakon bożyj\\" - religia, od której nie wolno odstąpić i nikt nie obroni. Nieraz przychodziła też do naszej izby młoda Rosjanka i śpiewała pieśń zesłańców \\"Sibir eto toże ruskaja ziemla\\" - Syberia to też rosyjska ziemia-kraj. Warunki w Rembertowie były, w porównaniu do piwnic warszawskich łagodniejsze. Dziedziniec fabryczny obozu dość duży, można było rano i przed wieczorem spacerować po tym dziedzińcu, co w wiosennym lesie miało dla nas wielkie znaczenie. Wszyscy byli odwszeni, jako-tako można było umyć się. Przymusu pracy ciężkiej nie było, zresztą w ogóle za bramę nikogo nie wyprowadzano. Do obowiązków więźniów należało utrzymywanie porządku na dziedzińcu, w izbach, pranie bielizny żołnierzy sowieckich, pomoc w kuchni. Nasza Palewskaja czuwała nad tym, by nie narażać się zwierzchnikom. Zwierzchnikami obozu byli Rosjanie z NKWD, a niejako \\"pośrednikami\\" polscy funkcjonariusze z Urzędu Bezpieczeństwa dowożący co pewien czas nowych polskich więźniów. Rano i wieczorem odbywały się apele więźniów. Po tak zwanym śniadaniu można było spacerować po dziedzińcu. Tworzyły się grupki, rozmawiano. Zwróciłam uwagę na panią Teodorę Kotlarewich, w wieku około 50 lat. Często żywą rozmowę prowadziła z współtowarzyszami. Mówiono, że była dyrektorką czy właścicielką luksusowego hotelu we Lwowie, a jej pamiętnik wpadł w ręce bolszewików. I to była przyczyna aresztowania. Moją uwagę zwróciła także postać pewnego pana, który na apelu wyróżniał się wśród innych więźniów. Wyglądał jakby go z wizyty, czy kawiarni wzięto, w eleganckim garniturze, pilśniowym kapeluszu. Stał podczas apelu wyprostowany, wyniosły, ale przygnębiony. Nie widziałam, by kiedykolwiek brał udział w spacerach więziennych, w rozmowach. Był to pan Jarnatowski, ziemianin, właściciel fabryki. Zginął tragicznie w obozie rembertowskim... Pewnego dnia nawiązał ze mną rozmowę były oficer Wojska Polskiego, Azerbejdżańczuk, o miłej powierzchowności. Kogoś mu, jak powiedział przypominam. Dostałam od niego upominek obozowy - broszkę zrobioną z drutu, powyginany drut tworzył słowo Rembertów. Rewanżowałam mu się kilkakrotnie chlebem. Był bardzo wdzięczny. Ludzie obozu pragną przyjaznego słowa, gestu, jest to potrzeba osamotnionego człowieka, pomimo tak dużej gromady ludzkiej - potrzeba wynurzeń. Za chleb Niemcy robili drobiazgi z puszek blaszanych po konserwach. Cóż, pamiątki różnorakie bywają i z rozmaitych okazji. Za moje porcje chleba przywiozłam do domu małe pudełko blaszane z wyrytym na nim drutem kolczastym i dwie fiłki aluminiowe do papierosów. W nocy z 20 na 21 maja obudziła nas strzelanina. Do celi wszedł współwięzień, z którym współpracowała w konspiracji Jadzia Miracka i krótko oznajmił, że możemy uciekać, ale tylko te osoby, które mają siły i miejsce, gdzie mogłyby się ukryć - ryzyko bowiem było duże. Wybiegłam z celi na korytarz. Przy progu rzęził ranny więzień. Kule gwizdały. Stanęłam. Nie miałam sił na ucieczkę. Przemknęła mi myśl, że ucieczka zaszkodzi rodzinie i postanowiłam pozostać. Zresztą, gdzie się ukryć? Niech los rozstrzygnie. Zryw Armii Krajowej na obóz rembertowski - odbicie więźniów, trwał bardzo krótko, ale był sprawny i błyskawicznie przebiegał. Mówiono, że stały za bramą nieduże ciężarówki i kto szybko do nich dobiegł, zdołał z obozu uciec. Tym uciekinierom udało się ukryć. Tragiczny był los złapanych. Dużo mężczyzn wybiegło poza bramę obozu. Bolszewicy dość szybko opanowali sytuację. Przeczesali dokładnie teren leśny okalający budynki. Nie wiem ilu uciekinierom udało się ukryć, natomiast widziałam jak wielu złapanych pędzono do obozu. Umieszczono ich w osobnym budynku znajdującym się w pobliżu budynku naczelnika i straży obozowej. Nieszczęśliwych uciekinierów bito w okrutny sposób - mieli połamane ręce, nogi, wybite oczy. Wśród tych nieszczęśników znajdował się pan Jarnatowski, którego tak zbito, skopano depcząc po nim buciorami, że wymiotował kałem. Zmarł w męczarniach. Może już nieprzytomny nie słyszał jak żołdacy krzyczeli: \\"Ty proklatyj burżuj pamieszczyk\\". Oprawcy grozili, że nazajutrz będą ponownie bić. Byli tacy, którzy załamali się - odebrali sobie życie wieszając się. O tym opowiadała mi Jadzia Miracka, bo jak już wspomniałam, była siostrą sanitariuszką w izbie chorych więźniów i opiekowała się później tymi pobitymi ludźmi. Wezwano kobiety do prania. Prałam okrycia i bieliznę strażników bolszewickich, którzy zginęli przy bramie. Szmaty zakrwawione, już z robakami. Na wymioty zbierało się. Jakoś przetrwałam. Ta praca fizyczna może w pewnym stopniu ratowała przed rozpaczą. Tymczasem przyjechała jakaś komisja radziecka na dochodzenie, ograniczyło się ono do zmiany naczelnika obozu. Dni mijały. Z izby chorych zaczęli wychodzić ludzie-widma kulejący, wsparci na kijach, z obwiązanymi głowami - to złapani uciekinierzy. Czy wrócą całkowicie do zdrowia? Rozmowy, domysły, jakie mogą być - dla nas - konsekwencje śmierci sowieckich strażników, ucieczka niektórych więźniów. I znów miałam sen podobny do poprzedniego z więzienia w Warszawie, ale z tą różnicą, że znajdowałam się w dużym lesie i chodziłam po tym lesie zagubiona. Czyżby ten sen wróżył mi dalszy pobyt w liczniejszym otoczeniu, gzie będę czuć się zagubiona? Tak przecież tłumaczono mój podobny sen w celi warszawskiej. Zgnębiona wyszłam przed budynek, oparłam się o ścianę. Chciałam odetchnąć świeżym powietrzem. Był dzień chłodny, wilgotny, deszcz siąpił. Smutno. Przeszłam przez dziedziniec i ku memu przerażeniu ujrzałam pociąg towarowy wjeżdżający na tor boczny przy obozie. To pociąg dla nas więźniów. Zaniepokojona wróciłam do celi. Powiedziałam o tym swoim paniom z pryczy, nie oznajmiłam całej celi co widziałam, by nie wywołać paniki. Wiadomo było w obozie, że z Rembertowa szły pociągi- eszałony na wschód do Rosji, na zesłanie. A zryw Armii Krajowej na obóz miał być jakoby protestem przeciwko wywożeniu Polaków. Dziś wiadomo, że odbicie więźniów w nocy z 20 na 21 maja przez oddział porucznika Wichra był nie tylko protestem, ale przede wszystkim działaniem przed planowanym na 25 maja transportem 2 tysięcy więźniów na Sybir. Niebawem przyszedł do celi śledczy Issajew i oznajmił, że wyjedziemy z Rembertowa gdzie indziej, tam odbędzie się sąd nad nami - winni (w pojęciu bolszewickim) zostaną ukarani, niewinni wrócą do domu. Dodał \\"nie bojties\\" i opuścił celę. Wiedział czym jest dla Polaków Syberia. Wypełnione więźniami wagony towarowe, zamknięte z zewnątrz, pod eskortą straży ruszyły. Nie wszyscy zostali załadowani do tego transportu. Palewskaja została w Rembertowie, część więźniów i naczalstwo. Wiewiórska i ja usiadłyśmy w rogu wagonu przutulone do siebie i przez szpary w deskach obserwowałyśmy kierunek naszej drogi. Na wschód czy na zachód nas wiozą? Wolałabym śmierć na polskiej ziemi, aniżeli zesłanie do Rosji. Wszyscy odetchnęli, kiedy pociąg skierował się na zachód. W nocy strzelanina, jęki. Okazało się, że w paru wagonach mężczyźni wycięli otwory w podłodze. Niektórzy wydostawali się z wagonów tymi otworami podczas postoju pociągu, czy hamowania. Duże to ryzyko. Przywieziono nas w rejon Poznania. Tu był duży obóz, liczący podobno kilkanaście tysięcy więźniów. Byli Polacy, Niemcy, Rosjanie. Szeregi baraków. Duży las ludzi, gdzie czułam się zagubiona jak poprzednio we śnie. Obóz niczym dzielnica, zamknięte ulice prowadzące do obozu. Żadnego kontaktu ze światem spoza drutów kolczastych i murów. Nie było mowy ani o korespondencji, ani o paczkach od rodzin. Rozlokowano więźniów w drewnianych barakach. Baraki były tak zapluskwione, że nie można było spać. Spałyśmy na podłodze. Zewsząd lazły na nas pluskwy, spadały z sufitu. Zapalałyśmy światło, nic nie pomagało. Byłam wyczerpana nieprzespanymi nocami. W dzień drzemałyśmy po kątach na dworze. Dobiegał trzeci miesiąc mego aresztowania i poniewierki. Tam, za drutami ludzie cieszą się, że nadszedł kres wojny, klęska Niemiec. A my Polacy, tu w tym obozie zamknięci z Niemcami, naszymi wrogami. Traktowano nas jednakowo. W sąsiedztwie obozu za wysokim murem znajdowały się koszary. Któregoś dnia kilka więźniarek idąc obok muru śpiewało polską piosenkę (dość cicho, śpiewać nie było wolno), aby zwrócić na siebie uwagę znajdujących się w koszarach. W koszarach byli polscy żołnierze. Zdumieni wyglądali spoza muru i drutów kolczastych. \\"To wy Polki jesteście?\\" pytali, bo byli pewni, że za drutami przebywają tylko Niemcy. Zdarzyło się, że na obóz zrzucono z samolotu jakieś kartki. Niestety nie miałam ich w ręku i nie znam treści tych ulotek. Opowiadano, że były przeznaczone dla nas Polaków, dodawały otuchy i nadziei. Kto zrzucił, jaka była treść? Dni mijały za drutami obozu ciężkie od beznadziei - nie było przesłuchań, nie było procesów - jak długo jeszcze, co dalej? Dla mnie odpowiedź na te pytania szczęśliwie przyszła z pierwszą amnestią. Ogłoszono ją 29 lipca 1945 roku. Niewiele kobiet (a wśród nich ja) opuściło obóz. Wolność! To najcenniejszy skarb człowieka. Bardzo mało osób opuściło obóz, ta amnestia była bardziej propagandą niż rzeczywistą amnestią. Poszłam na dworzec. Ogromny ruch. Ludzie wracali z obozów niemieckich, więźniowie i wysiedleńcy do swych domów. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego do bezpłatnej jazdy wystawił mi orzeczenie - przepustkę jakoby powracającej z obozu niemieckiego, z pominięciem rzeczywistego obozu. Żałuję, że nie zachowałam tego pisma, ale kiedy wraca się na wolność, do bliskich, to nie myśli się o takich rzeczach, a raczej później, po wielu latach, kiedy sięga się pamięcią do wspomnień. Uwięzienie mnie i przeżycia z tym związane są małym epizodem tego, co przeżyli, wycierpieli zesłani na wiele lat, w polskich więzieniach, celach z wyrokami śmierci, torturowani... Chylę czoło przed ludźmi sprawy polskiej, przed tymi, którzy zginęli i tymi, którzy przeszli gehennę więzienną. Podobno cierpienia wzbogacają psychikę człowieka, ale i kaleczą, myślę, że zubożają, odbierają łatwość radości pozostawiając bliznę w sercu i w psychice. Okruch wspomnień. Okruch naszych polskich dziejów, naszych walk o ukochaną wolność, naszych cierpień... Tylko okruch. Mój okruch. Wróciłam do Dębego.
|


