Kościół w Dębem Wielkim PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
piątek, 25 września 2009 20:39

 

Zamysł budowy kościoła powstał prawdopodobnie w 1900 r. Dębe należało wówczas do parafii Mińsk -Mazowiecki. Odległość dzieląca te miejscowości stanowiła utrudnienie w tamtych czasach, gdyż podstawowym sposobem przemieszczania się były wędrówki piesze. Ci którzy nie posiadali konia z wozem, a takich była większość, zmuszeni byli chodzić pieszo na nabożeństwa. Dzieci uczęszczające na naukę katechizmu, codziennie biegały boso, poboczami szabrowanej szosy z tłucznia kamiennego, raniąc nogi na ostrych odpryskach, by dotrzeć do kościoła. W godzinach popołudniowych i przedwieczornych, oderwane od pracy pomocniczej przy rodzicach w polu, czy też obejściu, musiały one pokonać tam i z powrotem odległość około 20-stu km.

W 1902 roku, kiedy ksiądz kanonik w Mińsku, zapoznał się z gotowym już projektem budowy kościoła w Dębem, chwycił się za głowę i powiedział: \\"Ludzie, wy w takim stylu i tak dużego kościoła nie pobudujecie. Nie wystarczy wam sił i środków. Zmieńcie plan i pobudujcie mniejszy. \\"Dębe wraz z wioskami, które przyłączyły się do budowy kościoła i tworzenia nowej parafii, liczyło wówczas około 2 tysięcy ludzi. Biorąc pod uwagę niski stan zamożności tych ludzi z powodu słabych gruntów, można bez przesady powiedzieć, że był to wyczyn wprost heroiczny. W 1903 roku rozpoczęto budowę. Plac i 6 morgów ziemi, przekazał na rzecz kościoła właściciel dworu Dębe, pan Władysław Tabiszewski. Zaczęto od oczyszczania i uporządkowania terenu po dawnej karczmie, obok której znajdowały się kiedyś rowy porośnięte krzewami dzikiej róży i berberysu. Cztery krzaki tych roślin, pozostawiono przypadkowo, gdyż znalazły się poza ogrodzeniem terenu przykościelnego obok drogi, przetrwały następne trzydzieści kilka lat ,aż do wojny w 1939 r. Na przygotowany teren pod budowę, ze wszystkich stron zaczęły nadjeżdżać wozy konne wyładowane kamieniami. Niektóre z nich były tak duże, że na furmankę dało się załadować trzy, dwa, a nawet tylko jeden kamień. Prostokątne bloki granitowe w fundamencie, zostały wyrobione z tychże kamieni na miejscu. Przez kilka tygodni słychać było stuk młotków pracującej grupy kamieniarzy, nad ich obróbką. Równocześnie z kamieniami pojawiły się pierwsze wozy z cegłą. Na zamówienie kierownictwa budowy, cegielnia w Kawęczynie przez długi okres czasu produkowała cegłę wysokiej jakości jak też różnych kształtów wyłącznie na potrzeby budowy kościoła w Dębem. Od tej pory we wsi powstał niebywały ruch. Dziesiątki wozów zwoziły materiały budowlane. Przybywały grupy cieśli, murarzy, stolarzy i różnego rodzaju fachowców z obcych stron.

Miejscowi ludzie, poza normalną pracą w polu i gospodarstwie, każdą wolną chwilę poświęcali pomocy przy budowie kościoła. Entuzjazm był wielki. Pracował każdy kto tylko nadawał się do tego, nie wyłączając młodocianych. Bardzo uciążliwy okazał się transport cegły. Duża odległość cegielni od miejsca budowy, źle utrzymana wyboista szosa z tzw szabru, była trudna do pokonania dla żelaznych wozów konnych. Dla przykładu należy zaznaczyć, że niektórzy ofiarni gospodarze poniszczyli po dwa wozy, a nierzadko i konia w czasie zwożenia cegły. A koń z wozem stanowił wówczas wielką wartość w gospodarstwie. Równocześnie zwożono drzewo z lasu rudzkiego z majątku hrabiego Starzeńskiego. On to zobowiązał się dostarczyć potrzebną ilość drzewa dla kościoła, a potrzeba było tego co niemiara. Rusztowania należało zbudować nadzwyczaj solidnie, gdyż wszystkie potrzebne materiały wnoszone były przez ludzi. Wind nie było. Z wielkich sosen kantowiznę czy deski piłowano na miejscu, ręcznie. Tę ciężką pracę wykonywali tracze. Zawód dzisiaj nieznany. Po wyprowadzeniu fundamentów z ziemi, gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na cegłę, gdyż niezwłocznie przystąpiono do budowy murów. W tym czasie, gospodarz z koniem i wozem przeciętnie co drugi dzień, a nierzadko i codziennie jechał po cegłę. Należy zaznaczyć, że po powrocie, na człowieka i konia, czekała praca w polu, której nie wolno było zaniedbać.

Wraz z murami rosło rusztowanie. Szczególną uwagę poświęcono konstrukcji mocnych schodów wewnątrz rusztowania. One to stanowiły podstawowy sposób transportu do góry, Wszystkich potrzebnych materiałów. Ludzi wnoszących cegłę na plecach, nazywano koźlarzami, jako że drewniana konstrukcja dopasowana do pleców z ładunkiem cegły, nazywała się kozłem. Przeciętny ładunek kozła, wynosił od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu cegieł. Podobno był fenomen, który potrafił unieść czterdzieści. Można sobie wyobrazić jaki ciężar w tonach, musieli ci ludzie przenieść do góry, każdego dnia w czasie pracy. W wyniku rzetelnej pracy dziesiątków ludzi, powoli zaczęły wyłaniać się na fundamentach ściany kościoła, a wraz z nimi rosły rusztowania. Teraz wysiłek stawał się zauważalny, co było niewidoczne w czasie budowy fundamentów.

Co kilka dni rusztowania podnosiły się o segment wyżej. Po pewnym czasie, nawet na odległych polach, budowa stawała się widoczna, co dawało ludziom otuchy. Wieczorem, po skończonej pracy w polu wiele ludzi mimo zmęczenia szło zobaczyć postępy w budowie. Ówczesne małolaty nie mogły się doczekać wieczora. Nieraz głodne po powrocie z pola biegły na budowę. Dumne były jeśli niektórych majster uznał za nadających się do czegoś. Chętnie i ze starannością pomagały w uprzątaniu, by przygotować stanowiska pracy na dzień następny. W dowód uznania miały prawo po zakończeniu robót, wieczorem, wejść na rusztowanie po schodach. Każdego dnia przybywało kilka stopni, toteż widok z rusztowania stawał się coraz ciekawszy, bardziej rozległy. W końcowej fazie budowy, rusztowanie sięgało powyżej czubka krzyża na głównej wieży. Chodziło o bezpieczny montaż kopuły z krzyżem. Wówczas młodzieńcy spostrzegli, że jeśli stanąć na kopule trzymając się krzyża, to można zobaczyć dachy wysokich domów Warszawy. Było to zgodne z prawdą, gdyż i dzisiaj jeśli jest względnie czyste powietrze, a słońce po stronie wschodniej, to doskonale widać Pałac Kultury. Poza tym cały budynek otoczony gęstym rusztowaniem przedstawiał się jak ogromna góra z drzewa. Dopiero po rozebraniu rusztowań ukazał się piękny kościół w stylu gotyckim, zbudowany z mocnej czerwonej cegły. Budowniczowie nowej parafii mogli być naprawdę dumni z osiągniętego sukcesu.

Ala była to dopiero połowa drogi w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu, to jest zakończenia budowy. Wykończenie i wyposażenie wnętrza, wymagało nie mniej nakładów finansowych i pracy niż dotychczas. Zakupiono dzwony wysokiej jakości. Było ich trzy, nie licząc sygnaturki. Średnicę największego z nich, porównywano ze średniej wielkości balią do prania. Sprowadzono kosztowne i trudne wówczas do transportu organy. Wiadomo, że jest to tylko połowa całości tego typu organów. Podobnych obrazów drogi krzyżowej, jakie posiada kościół w Dębem, trudno znaleźć. Fundowane były przez poszczególne rodziny. Straciły one na wartości przez niewłaściwe ich odnowienie. Podobnie żyrandole, które zostały ogołocone z ozdób kryształowych w czasie instalacji światła elektrycznego. Jakiś fachowiec uznał, że jest to niepotrzebne, gdyż jakość światła z nawiązką uzupełni ozdoby, które wymagają dodatkowego trudu przy ponownym zamontowaniu. Można by wyliczać dziesiątki podobnych przypadków, gdzie współczesnym fachowcom nie opłacało się utrzymać w należytym stanie tego, co tamci kiedyś zrobili. Należy zwrócić uwagę, iż w czasie trwania budowy, pilnie strzeżono, by nie wykonać jakiejś roboty prowizorycznie lub źle. Przykładem może być fakt, że kiedy tynkarzowi trochę krzywo ułożył się tynk, to majster w ostrych słowach nakazał zerwać i zrobić dobrze. -Panie majstrze to jest w niewidocznym miejscu, odrzekł. Odpowiedź majstra była krótka: \\"-To jest kościół, a nie obora.\\" Spostrzegawcze oko dojrzy dokładnoś i precyzję w budowie, czy też konstrukcji poszczególnych elementów, takich jak sklepienie, filary, ołtarze, ambona a nawet ławki, które po dziewięćdziesięciu latach są użyteczne nadal. Zostały wykonane ręczni. Dzisiaj przy pomocy maszyn, brak tej precyzji, a o trwałości nie ma co mówić.

Obecnie kościół ma 90 lat. Przetrwał dwie wojny światowe. W czasie pierwszej wojny przemieszczające się wojska najeźdźców, przetrzymywały wewnątrz konie. Niemcy zrabowali dwa dzwony, największy i średni. W czasie międzywojennym tylko ten pozostały najmniejszy spełniał swe zadanie. Ale w spokojne dni słychać go było w promieniu siedmiu kilometrów. Podczas drugiej wojny Niemcy zabrali i ten ostatni. Po zakończeniu działań wojennych zakupione zostały te, które są do dzisiaj. Ale one nie są w stanie dorównać poprzednim. W 1939 roku w nocy z 3-go na 4-go września w czasie pierwszego bombardowania Dębego w Kościele wypadło 110 szyb, a po zakończeniu działań niewiele ich pozostało. W czasie okupacji udało się kupić tzw. szkło mrożone kolorze brudnej żółcieni, co bardzo przyciemniło wnętrze Kościoła. W 1944 roku w czasie przejścia drugiego frontu, pociski artyleryjskie uszkodziły wieżę i dach. Pobieżnie dokonana wówczas naprawa nie zabezpieczała dostatecznie budowli. W dodatku nieprzepuszczalne gliniaste podłoże, stwarzało zagrożenie dla fundamentów. O tym wiadomo było już od dawna. Ale dopiero ostatni ks. proboszcz po przybyciu do Parafii zauważył, że tak ważnymi dla budynku elementami jakimi są fundamenty i dach, należy natychmiast zająć się ich zabezpieczeniem. Trzeba przyznać iż ks. proboszczowi w stosunkowo krótkim czasie udało się zorganizować wykonanie tych niezbędnych robót zabezpieczających Kościół. Wydaje się, że w formie podziękowania należy się ks. staropolskie Bóg zapłać. Może Kościół przetrwa następne sto lat ?